Wspomnienie z września 1939 roku

Zbigniew Klimas

Wspomnienie napisane w listopadzie 1939 roku na prośbę rodziców Wiesława Peszla, I przybocznego 17 WDH, poległego 30 września 1939 roku. Rękopis, format A-5, przypisy autora wspomnień. Wspomnienie zamieścił Grzegorz Nowik w swojej książce "Straż nad Wisłą" (Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2002). Uzupełnienia w nawiasach kwadratowych od autora książki.

Pierwszy raz po wakacjach spotkałem się z Wiesiem na odprawie w Hufcu [Harcerzy] Praga. Tematem odprawy było stanowisko, jakie miał zająć ZHP w wypadku samodzielnej wojny z Niemcami. Według rozporządzeń [władz] wojskowych harcerze mieli być użyci do "służby pomocniczej". Nasza drużyna, jako łącznościowa, dostała rozkaz objęcia służby przy telefonach w Szpitalu Przemienienia Pańskiego1. Wiesiek, wraz z kolegami z innych drużyn posiadającymi prawo jazdy, zgłosił się jako szofer do Głównej Kwatery. Kilkakrotnie widywałem go na ulicach Warszawy, lecz zarówno on, jak i ja zbyt byliśmy zajęci, by móc dłużej porozmawiać.

1Centrala łączności [Obrony Przeciwlotniczej - OPL] mieściła się w przybudówce szpitala przy placu Weteranów [1863 r.].

Dopiero 6 września, szóstego dnia wojny, spotkałem Wiesia w schronie Szpitala, dokąd przyszedł dowiedzieć się, ile prawdy zawierają pogłoski o zamierzonej ewakuacji stolicy.

Nie były to już plotki! Tego dnia otrzymaliśmy rozkaz mobilizacji wszystkich członków drużyny powyżej lat 17-tu, celem ewakuowania z zagrożonej stolicy tego najlepszego elementu młodzieży.

Na punkt zborny stawiłem się ze znacznym opóźnieniem wywołanym likwidacją służby. Drużyna nasza była już w komplecie. Szczególnie ucieszyłem się obecnością Wieśka, gdyż zżyliśmy się na obozach. Na ogólnej odprawie [drużynowych i hufcowych] dowiedzieliśmy się o celu naszej ewakuacji. Etapem pierwszym miały być Ryki pod [za] Garwolinem. Tam mieli nas przydzielić do odpowiednich formacji i wykorzystać w służbie pozafrontowej.

O godz. 12-tej w nocy nastąpił apel. Po apelu odmaszerowaliśmy na placyk [i łąki] koło domku ZHP [przy ul. Saskiej 105], gdzie biwakowaliśmy do ok. 2.00 w nocy. O 2-ej bowiem nastąpiła cicha pobudka. W alarmowym tempie ubraliśmy się i w szeregach wyciągnęliśmy się wzdłuż ulicy Saskiej. Stan liczebny batalionu naszego sięgał cyfry 1200 ludzi.

W godzinę po raporcie rozległa się komenda: - Kolejno Hufcami - maszerować!

Była godzina 4-ta rano 7 września [19]39 r. Szybkim krokiem szliśmy ulicą Saską, by polami, na przełaj, dostać się na trakt grochowski prowadzący na wschód. Szedłem z Wieśkiem w pierwszej czwórce naszej grupy. Zaczęło świtać. W coraz jaśniejszym świetle słońca widać było sznury ludzi obładowanych tobołami i walizami, ciągnących traktem grochowskim na Mińsk [Mazowieki]. Rychło i nasz oddział wydostał się na szosę i przyśpieszywszy kroku podążał za uciekinierami. Straszny kurz, tłok, duża ilość samochodów, wszystko to nie pozwalało nam porozmawiać ze sobą, a zresztą wrażenia nie były [przekreślone słowo: codzienne] normalne, by nad nimi przechodzić do porządku dziennego. Krótkie przerwy wykorzystywane były na posiłek lub odpoczynek, gdyż tempo było coraz szybsze.

Częste naloty opóźniały marsz kolumny. Około południa poczułem, że obtarłem sobie nogę, gdyż miałem na sobie nowe, nierozchodzone jeszcze buty. Za Dębem Wielkiem wraz z drużynowym naszym i jednym z kolegów odłączyliśmy się, by wyleczyć trochę nogi i rano następnego dnia dogonić batalion w Mińsku [Mazowieckim]. Wiesiek z resztą naszej drużyny poszedł dalej, my zaś zboczyliśmy z drogi i w pierwszej chałupie postanowiliśmy odpocząć.

8 września, w piątek, dogoniliśmy nasz batalion nocujący w Mińsku i razem poszliśmy dalej. Humory były już o wiele lepsze, aczkolwiek pobudka była wcześnie i czekał nas kawał drogi. Z uwagi na naloty szliśmy szlakiem dowolnym, by móc w każdej chwili paść i przeczekać nalot. Szedłem z Wieśkiem i o ile poprzedniego dnia zapatrzeni byliśmy we własne sprawy, o tyle dziś szliśmy rozmawiając wesoło i przerzucając się z tematu na temat. Były to jednak tematy ogólne oraz wspomnienia z Makowa i Trok2, obydwaj unikaliśmy rozmów na temat bliskich pozostałych w Warszawie, a jeśli mówiliśmy o tym, to żartami, starając się nie dawać poznać po sobie, że nas to gnębi. Nasza grupa szła na Mienię, by potem wrócić do traktu i dojść do następnego etapu - do Kałuszyna.

Końcowy odcinek przed tym miasteczkiem był bardzo ciężki. Napotkaliśmy chłopców uciekających spod Działdowa, Mławy, pędzących przed sobą ostatnie krowiny i tarasujących całą drogę. Kurz był tak szalony, że szliśmy w maskach przeciwgazowych, by nie wdychać w płuca pyłu. O 10-tej doszliśmy do naszych kwater i dzięki bezceremonialności Wiesia mogliśmy przespać się na słomie.

2W Makowie Podhalańskim (w willi rodziców Jerzego Adamskiego [harcerza 17 WDH, późniejszego] kpr. Pchor. "Jastrzębca", spędziliśmy we trzech wakacje w 1938 r., zaś okolice Trok były miejscem obozu 17 WDH w lipcu 1939 r.

Etapem dnia następnego [9 września] były Mrozy, a następnie Cegłów. W lasku pod Cegłowem miała miejsce druga generalna odprawa [drużynowych i hufcowych], w wyniku której batalion nasz podzielony został na małe grupki, które otrzymały pieniądze z kasy Związku i których zadaniem było przedzieranie się dalej do punktów zbornych. Było to dobre posunięcie, gdyż zapasy z domu wyniesione kończyły się, a nieprawdopodobieństwem było wyżywienie tak wielkiej masy ludzi. Na czele naszej grupy, tj. połączonej "17" [WDH] i "18" [Wodnej WDH] stanął dh hm. [Kazimierz] Papiński [dowodzący uprzednio kampanią praską w batalionie]. Od tej chwili rozpoczęły się marsze nocne. Z lasku za Cegłowem wyszliśmy przed wieczorem. Grupa nasza prowadzona przez "Papcia" szła w kierunku na Borki. Tam też po długim kołowaniu i kluczeniu natrafiliśmy na zagrodę, w której zanocowaliśmy. Rano w niedzielę, 10 [września] doszliśmy do Seroczyna. Kościół miejscowy był już zamknięty, pomodliliśmy się więc pod krzyżem. I po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej. W dwie godziny po naszym wyjściu Seroczyn został zbombardowany i spłoną niemal doszczętnie. Wieczorem tego samego dnia niebo było czerwone. Wszystkie okoliczne wsie i miasteczka płonęły. Celem naszego marszu był pierwszy ogólny punkt zborny - Jeleniec. Tam miało nastąpić wyznaczenie następnego punktu i podanie ostatnich komunikatów. Tragiczną dla nas chwilą było przejście przez płonący Stoczek. Ze względu na gryzący dym minęliśmy go szybko, lecz dogasające już ruiny domów, grupki ludzi nie desperujących nawet, lecz zobojętniałych, to wszystko otoczone kłębami dymu i iskier wystrzelających w górę, zostawiło na nas niezatarte wspomnienie. Nawet Wiesiek, zwykle opanowany i spokojny, szepnął do mnie jakby obawiał się przerwać panującą ciszę: Jezus Maria! Po tym co tu zobaczyłem, z gołymi rękoma poszedłbym na Niemców! Stoczek spłonął doszczętnie, jedynie kościół parafialny nie miał na sobie ani jednego znaku szrapneli lub bomb. Nocleg z 10-ego na 11-ego wypadł nam w Jeleńcu.

Na odprawie podano nam dwa kolejne punkty zborne, gdyż coraz bardziej groziło nam niebezpieczeństwo niemieckie i trzeba było posuwać się drogami okólnymi. Po odprawie, na której nieomal wszyscy spali na stojąco, poszliśmy do wsi, by wyszukać sobie nocleg. Kolację przygotowaną bardzo prowizorycznie wsunęliśmy natychmiast i zasnęliśmy snem kamiennym. Tempo marszu nie było szybkie, ale pokonaliśmy dość duże przestrzenie i co najważniejsze szliśmy okropnymi drogami, a często na przełaj. Nic więc dziwnego, że każdą wolną chwilę odpoczynku wyzyskiwaliśmy, by pokrzepić się snem. W tym okresie czasu mało rozmawiałem z Wieśkiem. Gdyż przydzielony został do innej grupy, która trzymała się dha [hm. Kazimierza] Papińskiego, podczas gdy ja i kilku kolegów szliśmy razem z Bolkiem3. Dopiero kiedy nastąpiło rozłączenie tych dwóch grup, Wiesiek przeszedł do naszej grupy i od tej chwili trzymaliśmy się razem. Miejscowości, przez które przechodziliśmy, a nawet dłuższe postoje, gdzie nocowaliśmy, zatarły się w mojej pamięci. Pamiętam jedynie ważniejsze punkty, przez które przechodziliśmy dążąc do Włodawy.

3Bolek - Bolesław Chocianowski był ostatnim przed wojną drużynowym 17 WDH i szefem naszej grupy ewakuacyjnej. Niewoli bolszewickiej wydostał się w Szepetówce [na Ukrainie], następnie dostał się na Zachód. Walczył we Francji, gdzie dostał się do niewoli niemieckiej. Zmarł po wojnie.

Najprzyjemniejszym dla nas miejscem postoju były Zahajki. Wieś ta leżała z dala od drogi, w lasach, przez które przechodziliśmy dążąc do punktu zbornego w Kaplonosach. Do Zahajków, oddalonych od Kaplonosów o 16 km, przyszliśmy więc odpocząć solidnie, odespać zaległości, no i oczywiście odżywić się. Po wynalezieniu miejsca na nocleg w stodole, na świeżym sianie, rozeszliśmy się po wsi w celu wyszukania produktów na wymarzoną ucztę. Po pewnym czasie w kuchni gospodarza, który ofiarował gościnę, pojawiły się smakołyki dawno nie oglądane. Julek Berkis i Zbyszek Zwoliński4 zaofiarowali swoje kulinarne zdolności na usługi ogółu, kucharzyli jednak pod kontrolą każdego z nas, gdyż zarówno jeden, jak i drugi znani byli ze swoich apetytów. Reszta zajęta przygotowaniem kolacji wzięła się do prania, cerowania i czyszczenia. Po uporządkowaniu swoich rzeczy poszedłem z Wiesiem do wsi, by dostać trochę miodu, na który poczuliśmy gwałtowną ochotę. Po powrocie zastaliśmy ucztę gotową. Kolejno w dwóch partiach, gdyż stół był za krótki, wsunęliśmy w siebie szalone ilości zsiadłego mleka, okraszanych kartofli i chleba z masłem. Po kolacji odbył się apel, modlitwa i po bardzo pobieżnym umyciu się położyliśmy się spać. Spaliśmy jak zwykle parami, ze względu na chłodne noce: Wiesiek spał z Romanem5, ja zaś z Bolkiem. Tego dnia późno w noc gadaliśmy na różne tematy, lecz najwięcej uwagi pochłaniał temat losów wojny, no i losy nas samych. Na zaciągnięcie się do wojska z całym batalionem [Warszawskiej Chorągwi Harcerzy] ZHP przestaliśmy liczyć, ale samowolnie zaciągać się nie mieliśmy na razie prawa, gdyż Związek istniał i byliśmy od niego zależni. Wiesiek, który wytrzasnął gdzieś wiadomości radiowe, twierdził, że lada chwila usłyszymy o jakimś większym załamaniu się Niemców, co będzie początkiem ich klęski. Entuzjazm budziła w nas wiadomość, że Warszawa broni się. Pełni sprzecznych domysłów co do losów naszych rodzin długo jeszcze nie mogliśmy zasnąć, ale w końcu zmęczenie wzięło w górę.

4Juliusz Berkis i Zbigniew Zwoliński byli harcerzami "17" i uczestnikami "rajzy". W skład naszej grupy wchodzili jeszcze nie wymienieni tu Ryszard Sawicki, Jerzy Malicki i Wiesław Fournier.

5Roman Jędraszewski, również harcerz "17", lekarz psychiatra, mieszka w Rybniku.

Jak nigdy dotychczas, spaliśmy do 9-tej. Po śniadaniu wypoczęci i wymyci poczęliśmy przygotowywać się do drogi. Już mieliśmy wyruszać, gdy nadleciało kilka eskadr nieprzyjacielskich i poczęło obrzucać las oddalony od nas o pół kilometra. Z lasu odpowiedziano ogniem. Okazało się, że była tam ukryta znaczna ilość Wojska Polskiego, którą wykrył wywiad niemiecki. Po skończonym nalocie wyruszyliśmy w kierunku Kaplonosów. Była godzina czwarta. Droga wiodąca do punktu zbornego była - zdaniem tamtejszych mieszkańców zbyt długa, gdyż można było dostać się do Kaplonosów lasami obok bagien. Chcąc nadrobić czas stracony na przeczekanie nalotu wybraliśmy drogę krótszą. Dopóki było jasno, szliśmy normalnie koleinami wozów wyciśniętymi w murawie; z chwilą gdy się ściemniło, straciliśmy ślad. Próbowaliśmy kolejno marszu na kierunek, na kompas, aż w końcu zdaliśmy się na nadchodzące odgłosy szczekających psów. Ten sposób okazał się najlepszy, gdyż po kilkugodzinnym błądzeniu wyszliśmy na zaorane pola. Nieludzko zmęczeni, zabłoceni od stóp do głów - dziw, że nie potonęliśmy w tych bagnach - pokładliśmy się pokotem na ziemi, by chwilkę odpocząć.

Na zbiórkę byliśmy i tak już spóźnieni, a wobec obawy [o] Niemców, było rzeczą wątpliwą, czy batalion będzie nocował na miejscu w tak wielkiej liczbie. Postanowiliśmy więc nie wracać, gdyż na skutek błądzenia ominęliśmy punkt zborny, a dążyć dalej, by na rano stanąć we wsi Włodawie i przekroczyć Bug. Od spotkanych po drodze harcerzy dowiedzieliśmy się, że do Kaplonosów doszło bardzo niewiele drużyn. Komenda wyprawy postanowiła przerzucić wszystkich za Bug i tam zebrać wszystkich pozostałych. Do urzeczywistnienia tych planów nie doszło, gdyż dochodząc do Włodawy zauważyliśmy łunę nad miastem. Od mijających na żołnierzy dowiedzieliśmy się, że płonęła Tomaszówka po drugiej stronie Bugu, którą Niemcy zdobyli wczoraj i spalili. Nad ranem już doleciał nas huk potężny. To wysadzony został most na Bugu łączący Włodawę - miasto ze stacją [kolejową] Włodawy - Tomaszówkę.

Pękły tym samym ostanie nici wiążące nas z komendą wyprawy. Obecnie zdani byliśmy wyłącznie na nas samych. Krótka narada zwołana natychmiast przez [drużynowego] Bolka [Chocianowskiego] wyjaśniła nam nasze położenie. Do Włodawy nie było sensu dochodzić, postanowiliśmy więc wrócić do Warszawy drogą przez Lublin. Z chwilą gdy projekt ten został przez nas wszystkich przyjęty, nastrój zmienił się radykalnie. Nawet groźna sytuacja, w jakiej znajdowaliśmy się, nie przeraziła już nikogo. Nareszcie mieliśmy wyraźny cel marszu, a poza tym każdy krok zbliżał nas do Warszawy i do naszych rodzin pozostawionych tam.

Wiesiek obiecywał sobie wstąpić w Lublinie do swoich krewnych, a my ostrzyliśmy sobie apetyty na "wyżerkę", jaką mieliśmy urządzić w Lublinie. Pieniądze wyasygnowane na aprowizację naszej grupy przedstawiały się nikło, ale każdy z nas miał trochę pieniędzy własnych, co razem dawało sumę dość nieźle wyglądającą. Po naradzie wysłaliśmy gońca rowerowego w stronę Włodawy celem zasięgnięcia języka. Po chwili wrócił, gdyż od Włodawy wycofywało się wojsko i nie puszczono go dalej. Zebraliśmy więc rynsztunek swój i rozpoczęliśmy drugi etap wędrówki naszej, tym razem do Warszawy. Wiedzieliśmy, że stolica broni się wciąż jeszcze, chcieliśmy więc powrócić i bądź to w szeregach Obrony Warszawy, bądź to milicji [straży] obywatelskiej [uzupełniającej prace policji] wypełnić swój obowiązek Polaka i Warszawianina.

Szliśmy szybko i lekko, a mimo głodu i zmęczenia piosenki nie schodziły z naszych ust. W Korolówce pod Włodawą zastaliśmy koncentrujące się wojska nasze. Na nasze prośby przyjęcia nas do swych szeregów odpowiedzieli odmownie. Nawet nasza specjalność - łączność, ani ukończone stopnie PW [Przysposobienie Wojskowe I stopnia odpowiadało przeszkoleniu rekruckiemu] nie zdołały ich przekonać. Poszliśmy dalej. Mieliśmy Korolówkę i po chwili wyszliśmy na trakt bity prowadzący od Włodawy do Lublina. Do tego ostatniego mieliśmy jeszcze dobre 70 km. Teraz już, trzymając się cały czas drogi, posuwaliśmy się szybko. Mimo nieprzyjemnego deszczu, który spadł po raz pierwszy od wyjścia z Warszawy, krok za krokiem mijaliśmy nowe słupki kilometrowe. Tym razem na Antka Dobscha6 i na mnie padła kolej patrolowania okolicy na rowerach. Deszcz przestał siąpić i gdy zatrzymaliśmy się przy jakiejś leśniczówce dla zjedzenia obiadu, rozeszły się chmury i wyszło słońce, przy którym wysuszyliśmy nasze przemoczone ubrania. Po zaimprowizowanym przez Wieśka obiedzie, nie tracąc chwili czasu wyruszyliśmy dalej. Nocleg tego dnia wypadł nam na kolonii niemieckiej w jednym z polskim gospodarstwie wskazanym nam przez spotkanego oficera z Warszawy. Znając już uprzejmość naszych niemieckich sąsiadów, spaliśmy wystawiwszy uprzednio warty, a nazajutrz rano udaliśmy się w dalszą drogę. Byliśmy już na czterdziesty kilometrze od Lublina, gdy spotkaliśmy wóz chłopki z uciekinierami z Lublina. Lublin poddał się wczoraj o godz. 5-ej!

6 Antoni Dobsch (pisownia nazwiska niepewna), harcerz 18 Wodnej WDH, dołączył do naszej grupy i pozostał z nami.

Wiadomość ta była dla nas ciosem!

Czyżby już było tak źle? Z relacji uciekiniera wynikało, że nieprzyjaciel zajął miasto, po czym opuścił je jadąc dalej, a do Lublina miały lada chwila wkroczyć regularne wojska niemieckie. Przybici tą wiadomością usiedliśmy na brzegu szosy, by zastanowić się nad naszymi dalszymi krokami. Cofać się nie było sensu, iść naprzód także nie, pozostała więc droga na północny zachód, na Parczew i Radzyń, prowadząca do Warszawy. Właśnie wypowiedzieliśmy kolejno swe zdania na ten temat, gdy przyjechała i zatrzymała się obok elegancka, choć zabłocona limuzyna, z której wyskoczył starszy wiekiem oficer w randze kapitana. Bez długich wstępów zaproponował nam wstąpienie, w charakterze łączników, do batalionu, który organizował. Entuzjazm był ogólny. Zgodziliśmy się oczywiście wszyscy i we wspaniałych nastrojach skierowaliśmy się do Cycowa, gdzie polecił nam zgłosić się do dyżurnego oficera. Idąc w kierunku Cycowa ściągać mieliśmy luźno pętających się łazików i prowadzić ich do nowo organizującego się batalionu. Kpt. [Stanisław] Lis-Błoński, gdyż tak się nazywał się ów oficer, był początkowo k[omen]dantem miasta Lublina, a z chwilą zajęcia go przez wojska niemieckie wycofał się z grupą żołnierzy i idąc w kierunku Chełma organizował batalion partyzancki.

Po zameldowaniu się u dyżurnego oficera zafasowaliśmy z Antkiem Dobschem (my przyjechaliśmy pierwsi na rowerach, a reszta szła piechotą, zahaczając o okoliczne wsie celem skrzyknięcia ochotników) karabiny i ładownice, po czym odeszliśmy na bok, by nie zwracać uwagi gęsto krążących lotników niemieckich. Po nadejściu reszty harcerzy zakwaterowano nas w szkole powszechnej w Cycowie. Bolek i Wiesio wysłani zostali [na rowerach] na patrol do sąsiedniej wsi, a my szykowaliśmy nocleg i trzymaliśmy wartę przy kolumnie samochodowej. Mimo iż kolacja była dość obfita, zaraz po przyjeździe Wieśka wybraliśmy się do ogrodu warzywnego, gdzie wespół z kolegami poczyniliśmy spustoszenia w marchwi, ogórkach i pomidorach.

Drugi dzień w wojsku spędziliśmy na służbie w centrali telefonicznej, przyjmując i przesyłając rozkazy naszego dowództwa. Po południu zafasowaliśmy trochę sortów mundurowych, a Wiesiek zafasował buty, bo te, w których wyszedł z Warszawy ledwie trzymały się nogi. Tego dnia właśnie spotkaliśmy naszego kolegę szkolnego Krzemińskiego7, który był szoferem w kolumnie samochodowej batalionu oraz pewnego porucznika KOP-u8, który prowadził naszą defiladę przed grobem Wielkiego Marszałka w Wilnie w czasie wakacji. Długo nie próżnowaliśmy, gdyż wezwano nas do ładowania wozów taborowych. Mimo zmęczenia, po ukończonej robocie poszliśmy na górne piętra szkoły, by zwiedzić ten budynek. Wszędzie właziliśmy przypominając sobie naszą budę9 i kawały, jakie wyczynialiśmy. Gdy wróciliśmy do klasy, w której spaliśmy, zauważyliśmy kilku nowych przydzielonych do naszego plutonu. Ponieważ goście nie bardzo wiedzieli z czego się w karabinie strzela i za co się ciągnie, aby wystrzelić, więc Wiesiek z miną fachową i marsem starego wojaka począł im ten skomplikowany mechanizm objaśniać. Początkowo stosunki były sztywne, lecz szybko różnice się zatarły i zapanowała atmosfera koleżeńskości. Rej oczywiście wodził Wiesio, który swym ukończonym obozem PW wykuwał nam oczy. Terminami fachowymi sypał jak z rękawa, co wzbudzało największy podziw. Ponieważ zafasowaliśmy karabiny starej daty, więc poszliśmy je "zamienić". Odbyło się to oczywiście drogą nielegalną z dużym nakładem trudności i niebezpieczeństwa, ale przynajmniej mieliśmy już nowsze o mniej czarnych lufach.

Następnego dnia zbudził nas pocisk artyleryjski o godzinie 3 rano. Widocznie wywiad doniósł o naszej grupie i poczynano "macać" grunt. W alarmowym tempie ubraliśmy się i po chwili rozpoczęliśmy trzeci etap "rajzy". Szliśmy w kierunku Chełma, omijając Siedliszcze, gdy naraz poczęły latać pociski niemieckie i usłyszeliśmy niemieckie samoloty. W pewnej chwili w odległości 1,5 km od nas buchnął w górę słup dymu, a zza dymu wytoczyły się nieprzyjacielskie czołgi. Ocho! Bitwa! Rzeczywiście był to nasz chrzest bojowy. Nie mieliśmy zupełnie artylerii ani działek ppanc., więc niemożliwością było przyjmować bitwę. Pełniłem wtedy służbę gońca rowerowego przy dowódcy, więc miałem robotę z ekspediowaniem każdej kampanii w innym kierunku. Wycofywaliśmy się sprawnie, aczkolwiek tabory jak zwykle zakorkowały całą drogę na dużej przestrzeni. Było to pod Mogilnicą [w oryginale błędnie: Mogielnicą].

7 Włodzimierz Krzemiński, kolega szkolny z Gimnazjum i Liceum im. Króla Władysława IV, który do Wojska Polskiego trafił innymi niż nasze drogami. Mieszka w Warszawie.

8 Porucznik KOP-u NN prowadził defiladę harcerzy 17 WDH obozującej w Trokach oraz innych drużyn harcerskich - w Wilnie na Rossie w lipcu 1939 r. [?], w hołdzie Marszałkowi Piłsudskiemu, podczas Dnia Harcerza. [Prawdopodobnie był to 6 lub 15 sierpnia.]

9 Nasza buda to Gimnazjum i Liceum im. Króla Władysława IV przy ul. Jagiellońskiej róg ul. Zygmuntowskiej na Pradze.

Szliśmy dalej na Chełm, gdy kapitan przechodząc koło zagajnika kolonii Józefin czy Józefów nakazał postój i przygotowanie obiadu. W powietrzu wisiało coś niedobrego. Oficerowie besztali wszystkich o byle co, a my mimo ... [słowo nieczytelne] i dobrego obiadu czuliśmy w pobliżu niewesołą nowinę. Jakoż istotnie.

Gdy ściemniało się, kapitan nakazał zbiórkę. Stanęliśmy kampaniami w czworoboku, w środek którego wjechał po chwili na koniu kpt. [Stanisław] Lis-Błoński. Komenda: Baczność! I nastąpiło odczytanie rozkazu, którego treść była wyrokiem śmierci dla tego co nam było najdroższe i najukochańsze. Rozkaz ten rozwiązał istnienie wszelkich samodzielnych jednostek wojskowych i nakazał kapitulację na rzecz zwycięskiej armii niemieckiej. W głosie czytającego dowódcy czuć było łkanie i rozpacz, ale przy nakazie kapitulacji ten stary oficer rozpłakał się. Ale wnet opanował się i w krótkiej, ale tak prostej i tak przemawiającej do naszych serc mowie przedstawił nam położenie nasze i dał do wyboru: albo do domu - bez broni, albo z bronią na więcej niż prawdopodobną śmierć. Z 500 chłopa liczącego batalionu wybrało drugą alternatywę - 24, w tym sześciu niepełnoletnich harcerzy z Warszawy.

Nie chcę twierdzić, iż powodowały nami jakieś wzniosłe pobudki. W danym momencie nie mieliśmy czasu zastanawiać się na tym co robimy, postępek nasz wypływał niemal z konieczności, z obowiązku, od którego uchylić się nie pozwalał nam honor Polaka. Nie istniały dla nas wtedy rodziny nasze, nie zastanawialiśmy się nawet, czy wytrzymamy i czy duchowo damy radę przyjętym obowiązkom. Tak postąpić nakazywało nam imię Polaka.

Przy odgłosie pękających co chwila granatów, którymi oficerowie nie mogący znieść hańby odbierali sobie życie zgrupowaliśmy się koło kapitana, czekając na dalsze rozkazy. Kapitan nakazał 2-u godzinny odpoczynek, polecił nam dozbroić się lub wymienić część ekwipunku z tymi, którzy po złożeniu broni mieli pójść do domu, oraz rozdzielił racje żywnościowe na kilka dni.

Po upływie tego terminu podła komenda: Powstań! Rynsztunek wdziej! I rozpoczęliśmy jakby od nowa marsz, którego celem miała być granica węgierska. Posuwaliśmy się marszem ubezpieczonym z przedsięwzięciem jak najdalej idących środków ostrożności, gdyż wyminąć musieliśmy linie niemieckie, które co chwilę oświetlały teren pociskami rakietowymi [rakietami świetlnymi]. Trzeba było kłaść się na ziemię, nie wolno było mówić, lecz najbardziej męczącym było ciągłe napięcie i pogotowie bojowe, gdyż w każdej chwili mogliśmy zostać zauważeni i ostrzelani.

Po wielogodzinnym marszu, śmiertelnie znużeni doszliśmy do wsi, gdzie nie rozbierając się i z karabinami przy sobie zasnęliśmy natychmiast. Dzień następny ze względu na niebezpieczeństwo poruszania się na otwartych polach wyzyskaliśmy na odpoczynek. Dnia tego, tj. 21 września, po południu nastąpiła nominacja wszystkich o szarże wyżej, oraz podział na plutony i drużyny. 5-ciu z nas otrzymało nominacje na st.[arszego] strzelca, a drużynowy nasz dostał stopień sierżanta WP. Nie trzeba chyba pisać, jak dumni byliśmy z tej jednej "belki" na naszywkach. Wieczorem tego dnia w jednej z okolicznych wsi zakwaterowaliśmy podwody, by szybciej dostać się do Hrubieszowa. Drzemiąc, ale w ciągłym pogotowiu bojowym dojechaliśmy do Lemieszowa [?]. Po odesłaniu podwód roztasowaliśmy się w dwóch stodołach i po wystawieniu warty zasnęliśmy natychmiast.

Drugi dzień spędziliśmy w Lemieszowie, gdyż wysłano kilku podoficerów z Bolkiem [Chocianowskim] między innymi do Hrubieszowa po rozkazy. Wrócili dopiero późnym wieczorem. Tego dnia zrobiliśmy sobie z Wiesiem generalne porządki począwszy od nas samych, a skończywszy na tornistrach. Wymyliśmy się od stóp do głów, po czym przejrzeliśmy zawartość naszych plecaków; część rzeczy wyrzuciło się, by na to miejsce włożyć amunicję. Wieczorem zrobiliśmy sobie małe ognisko, choć bez właściwego ogniska, cały nasz pluton zebrał się w jednej stodole i każdy z nas opowiadał jakąś anegdotę. Spać pokładliśmy się późno, ale byliśmy wypoczęci.

Następnego dnia Wiesio wysłany został z wozami do Uchania po żywność, a ja pojechałem z por. Orsi... [nieczytelne nazwisko] szukać kwatery dowództwa. Noc spędziliśmy we dworze pod Uchaniem, a rano wyruszyliśmy z powrotem w kierunku Krasnegostawu. Szliśmy przez Grabowiec, Żółkiewkę, ścierając się co jakiś czas z mniejszymi [pod]oddziałami niemieckimi. Przed Żółkiewką zastawiły nam drogę bolszewickie czołgi, które po dłuższej strzelaninie wycofały się nie zadawszy nam żadnych szkód. Wtedy właśnie wyleciał w powietrze jeden z naszych wozów amunicyjnych, na którym złożyliśmy nasze tornistry wypakowane amunicją. Najbardziej dotknęło to Wiesia, który niepozornie zostawił swoje papiery i część pieniędzy; przy sobie miał legitymację szkolną i kartę [prawo] jazdy oraz trochę pieniędzy. W dwa dni później wypłacono nam na szczęście żołd, tak że o 20 zł wzbogaciliśmy swoje zasoby materialne. W Żółkiewce odpoczywaliśmy do wieczora, a na noc ruszyliśmy w kierunku na Krzczonów, gdzie przyłączyć się mieliśmy do grupy płk. Leona Koca operującego w Lubelskiem.

W Krzczonowie zakwaterowaliśmy się w szkole powszechnej, gdzie po przyniesieniu słomy zasnęliśmy leżąc nieomal jeden na drugim. W Krzczonowie spędziliśmy całą następną dobę z powodu ulewnego deszczu, który zamienił całą wioskę i okolice w wielkie bajoro. Czasu właściwie na odpoczynek nie mieliśmy, gdyż przyszedł pchor. Stadnicki i zapowiedział przegląd broni. Zabraliśmy się więc do czyszczenia karabinów o lufach czarnych jak święta ziemia. Po godzinnym męczeniu się doprowadziliśmy broń do jakiego takiego stanu i wyszliśmy z Wiesiem na wieś, by kupić coś do jedzenia. Ponieważ w sklepiku spożywczym nic poza pestkami bani nie było, więc po zakupieniu większej ilości pestek poszliśmy do ogrodu warzywnego obok szkoły, by tam coś do jedzenia znaleźć. Starym sposobem obchodziliśmy kolejno każdą grządkę, nie przepuszczając nawet zielonym pomidorom czy ogórkom. Po tym zebraliśmy większą ilość marchwi i usiedliśmy na ganku szkoły, by pod dachem z luksusami, bo siedząc zjeść te dary Boże. Właśnie kończyliśmy i Wiesiek czyścił ziemią bagnet, który zastępował nam nóż, widelec i łyżkę, gdy podszedł do nas jakiś cywil pytając o drogę do dowództwa batalionu. Widząc nasz apetyt sięgnął do kieszeni i ofiarował nam dwa kawałki chleba z masłem. Chociaż oczy wyłaziły nam na widok chleba z masłem podziękowaliśmy grzecznie twierdząc, że wcale nie jesteśmy głodni. On jednak postawił na swoim, tym bardziej, że nie oponowaliśmy zbyt gorąco. Następnego dnia poszliśmy w kierunku na Bychawę. Były to już ostatnie dni września. Początkowo komenda dywizji chciała pójść na pomoc Warszawie, ale właśnie tego dnia odebraliśmy wiadomość, że Warszawa padła. Ta przygnębiająca wiadomość przeważyła decyzję sztabu dywizji i w rozkazie odczytanym w batalionach podano nam kierunek marszu: granicę węgierską.

Nocowaliśmy we wsi w okolicy Bychawy. Nad ranem zbudzono Wiesia i mnie i wysłano na placówkę na koniec wsi. Otuliliśmy się kocem i z karabinem między kolanami wypatrywaliśmy nieprzyjaciela. Około 7-ej rano odwołano nas i poszliśmy dalej na Janów Lubelski. Bokiem minęliśmy Szastarkę, gdy nagle pojawiły się samoloty niemieckie i chwilę po tym poczęły latać pociski niemieckie. Kapitan nasz rzucił nas w tyralierę i kampaniami przez piekielny ogień nieprzyjacielskiej artylerii poczęliśmy się wycofywać. Szczęśliwie mimo kilku rannych dostaliśmy się do pobliskiego lasu. Tu nastąpił odpoczynek, opatrzono rannych, a kto miał to robił sobie prowizoryczny obiad. Zjedliśmy z Wiesiem kilka jaj na twardo, resztę chleba, chowanego na czarną godzinę. O zachodzie słońca wyruszyliśmy dalej. W pewnym momencie tabory zatrzymały się. Minęliśmy je i po chwilowym przegrupowaniu kompanii poszliśmy dalej. Noc była piękna, księżyc w pełni oświetlał dokładnie drogę. Szliśmy jako kompania służbowa pierwsi, dziwiąc się, że przed nami nie ma zwiadu konnego, który zawsze toruje drogę.

W pewnym momencie rozległy się gęste strzały skierowane w naszą stronę. Komenda: "Padnij!" zastała nas wszystkich na ziemi. Ogień wzrastał z każdą chwilą, a położenie nasze na szosie oświetlonej księżycem było b.[ardzo] niebezpieczne. Nie wiedzieliśmy kto strzela - bolszewicy czy Niemcy. Kapitan w pewnym momencie poderwał nas i z okrzykiem "Bagnet na broń! Jezus Maryja!!!" popędziliśmy na przód. Nie ubiegliśmy 50 metrów, gdy straszliwa fala kul zmusiła nas do zajęcia pozycji. Kto miał saperki okopywał się, kto nie miał starał się wleźć w jakąś bruzdę. Leżałem o kilka metrów od Wiesia. Ogień wzrastał i ucichał. Ze wszystkich stron dobiegały nas jęki rannych, których sporo padło. Czułem, jak krew spływała i przesiąkała ubranie. Usłyszałem jak porucznik wołał, by się wycofać do tyłu. Mimo silnego bólu począłem się cofać czołgając się, gdy nagle usłyszałem: Jezus Maryja! Dostałem! - Był to głos Wiesia. Wraz z kolegą z plutonu podczołgałem się do niego. Leżał skulony jęcząc głośno; był to postrzał lub rykoszet w bok od strony brzucha. Wespół z kolegą rozpiąłem mu pas i p.[łaszcz], lecz krwi nie było widać. Wiesio mówił, że go bardzo boli, w końcu zaczął się modlić. W tym momencie z lewej flanki zajechały czołgi bolszewickie i pod groźbą karabinów maszynowych poprowadzili nas do nieprzyjaciela. Po złożeniu broni i prowizorycznym opatrunku nakazali nam usiąść. Idąc, by złożyć broń obejrzałem się jeszcze i zobaczyłem, jak sanitariusze bolszewiccy kładli Wiesia na nosze, które później ustawiono pod krzyżem [przydrożnym]. Niepokoiliśmy się bardzo o Wiesia, gdyż rana była mimo wszystko poważna, toteż ucieszyliśmy się, gdy pozwolili bolszewicy, by Bolek poszedł do rannych dowiedzieć się, jak się czują. Po pewnej chwili wrócił, ale z wiadomością, która zmroziła nas zupełnie - Wiesiek nie żyje. Wśród rannych leżących koło krzyża Bolek znalazł Wiesia, a gdy wziął go za rękę, była zimna. Odkryliśmy głowy i zmówiliśmy wieczny odpoczynek, choć wierzyć się nam nie chciało, by to mogło być prawdą.